Forum Hondy Varadero

Forum dotyczące motocykla Honda Varadero XL1000V/XL125V oraz podróży
Teraz jest Wt wrz 29, 2020 8:20 am

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 4 ] 
Autor Wiadomość
PostNapisane: So mar 08, 2014 6:06 pm 
Uczy się jeździć
Avatar użytkownika
Offline

Dołączył(a): 07/05/2012 o 22:06
Posty: 64
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Nie określono
Jedziemy do Gambii!!!

Mimo, iż temat pojawiał się od wakacji decyzję podjęliśmy w ostatniej chwili gdzieś pod koniec listopada. Mieliśmy miesiąc na ogarnięcie wszystkich spraw związanych z wyjazdem, wizy, szczepienia, przygotowanie będących w rozsypce motocykli i ogarnięcie całej logistyki.
O ile wizy senegalskie można załatwić częściowo przez Internet o tyle z wizami mauretańskimi nie było już tak prosto. Dzięki uprzejmości naszego kolegi z Berlina wnioski wizowe trafiły bezpośrednio do ambasady – ale to był dopiero początek góry lodowej. Pierwszym problemem okazała się płatność za wizy, Mauretania przyjmuje jedynie czeki. Czeki i nic więcej! Mimo, że zaopatrzyliśmy kolegę w gotówkę wystarczającą na pokrycie wszystkich kosztów to nie wystarczyło, został odprawiony z kwitkiem. Na ratunek przyszło niemieckie biuro pośredniczące w wydawaniu wiz, to oni dla nas załatwili czeki i złożyli wnioski. Wszystko jakby wychodziło na prostą. Jednak pracownicy Ambasady Mauretanii nie spieszą z niczym, przepisowe dwa tygodnie mijają a wiz jak nie było tak nie ma, po miesiącu słyszymy to samo. Lekko spanikowani zaczynamy działać na własną rękę, wykonujemy po kilka telefonów dziennie do ambasady i wysyłamy na miejsce wszystkich znajomych mieszkających niedaleko. Jedyny skutek jaki odnosimy to wkurzenie całej kadry pracowniczej. Ewidentnie mieli nas dość bo dwa dni później dostajemy telefon – są wizy. Oddychamy z ulgą i cieszymy się jak dzieci, tym bardziej, że nasza dwójka jest już w drodze i tego samego dnia w którym udaje nam się odzyskać paszporty przekraczamy granicę polsko – niemiecką.
Ciągniemy motocykle do Agadiru, bo to tam zacznie się nasza prawdziwa przygoda, która bez paszportów byłaby niemożliwa.

Obrazek
Krótki postój w Sztutgardzie


Obrazek
Na promie z Hiszpanii do Maroka


Obrazek
Zostawiamy za sobą Europę


Obrazek
Co raz bliżej Agadiru


Obrazek
Widok z autostrady



Trasa do Agadiru przebiegała spokojnie i po pięciu dniach byliśmy już na miejscu. Maroko powitało nas burzami, wichurą i ulewami. Mało optymistyczny początek. Na szczęście po przekroczeniu gór Atlasu pogodna zmienia się diametralnie a burzowe chmury zastępuje piękne słońce. Rozbijamy obóz na zaprzyjaźnionym parkingu przy głównej ulicy Agadiru. Mamy kilka dni na ochłonięcie po podróży, ostatnie poprawki przy motocyklach, spacery nad oceanem i picie przytarganego tu hiszpańskiego wina. Czekamy na resztę ekipy penetrując zakamarki Agadiru i zajadając się pizzą w maleńkim lokalu prowadzonym przez Algierczyka pochodzenia francusko włoskiego.


Obrazek


Obrazek


W końcu nadchodzi dzień w którym jesteśmy już wszyscy i możemy ruszyć przed siebie. Nie wiemy, czy wszystko uda się tak jak zaplanowaliśmy, przed nami wiele kilometrów w dość krótkim czasie i wiele niewiadomych, wszyscy jedziemy tam pierwszy raz i jedyna wiedza na jakiej bazujemy to relacje z innych podróży... Mimo wszystko jednak przebieramy nogami jak małe zniecierpliwione dzieci – chcemy być już w drodze...


Obrazek
Tuż przed startem


Pierwsze dni to przejazd drogą wzdłuż oceanu przez Saharę Zachodnią. Mimo, że z każdym kilometrem jedziemy co raz bardziej na południe, cieplej się nie robi. Silne podmuchy wiatrów spychają nas na przeciwny pas jazdy, bryza znad oceanu zalepia szyby w kaskach, jest zimno ale nam to wszystko kompletnie nie przeszkadza. Trasa prowadzi tuż nad oceanem drogę więc urozmaicają nam wspaniałe widoki - niesamowite klify, piękne zatoki i fale rozbijające się o brzeg.
Droga jest prosta i płaska możemy więc jechać ile fabryka dała, a że w przypadku naszych motocykli dała niewiele, trzymamy stałą prędkość na poziomie ok. 110km/h. Jadąc w takim tempie mamy czas by rozglądać się dookoła i nie walczyć o życie z silnymi podmuchami.


Obrazek



Obrazek


Obrazek


Obrazek


Monotonię drogi urozmaicają nam posterunki żandarmerii, im dalej jedziemy na południe tym częściej zostajemy zatrzymywani do kontroli. Na szczęście jesteśmy dobrze przygotowani do lekcji i każdy z nas ma wydrukowane około stu sztuk tzw. Fiszek. Karteczka taka zawiera wszystkie dane z paszportów oraz dane motocykla. Przekazanie karteczki mundurowemu trwa znacznie krócej niż spisanie wszystkich potrzebnych mu informacji z paszportów, dowodów rejestracyjnych i oświadczeń. Jednak bardziej ambitnym żandarmom te informacje nie wystarczały, koniecznie musieli dopisać jeszcze markę motocykla – tak więc w notatkach pojawiały się Acerbisy, Touratechy czy ‘Camping pod Brzozą’ w zależności jaka naklejka lub napis napatoczył się na zbiorniku. Nie tłumaczyliśmy a jedynie z pełną powagą potwierdzaliśmy… i jechaliśmy dalej.


Obrazek


Obrazek
Świt na pustyni


Obrazek


Obrazek


Im bliżej jesteśmy granicy z Mauretanią tym bardziej krajobraz robi się pustynny. Przed nami bezkresne, kamieniste pustkowie.... Po drodze spaceruje co raz więcej wielbłądów, które przestraszone nieznanym im dźwiękiem motocyklowego silnika zrywają się do ucieczki, i tak jak wszystkie zwierzęta na świecie biegną wprost pod nasze koła.


Obrazek
Wielbłądy czasami bywają również wożone


Obrazek
Przerwa na owoce morza


Obrazek


Na noclegi zatrzymywaliśmy się kiedy zaczynało zmierzchać, zjeżdżaliśmy po prostu z drogi i wbijaliśmy się około kilometra w głąb pustyni by za jakąś wydmą lub dolinką rozbić namioty. Nocowanie na dziko ma wiele plusów, jesteśmy sami z dala od ludzkich siedzib, dookoła cisza, nad nami tylko piękne afrykańskie rozgwieżdżone niebo, nie jesteśmy uzależnieni od hoteli dzięki czemu nocować możemy w każdym miejscu i o tylko nam pasującej godzinie – zupełna wolność. Za prysznic służą nam nawilżane chusteczki dla dzieci i butelka zagrzanej podczas drogi wody, na kolację mamy kupione na bazarze owoce, konserwy jeszcze z Polski i lokalny marokański chleb kobz.


Obrazek


Za nami Sahara Zachodnia a przed nami Mauretania i pierwsza granica. Pamiętaliśmy doskonale, że granica otwarta jest w godzinach 8-18 więc na posterunku stawiamy się kilka minut przed otwarciem. Jest tak jak we wszystkich relacjach, zamknięty szlaban, grzeczna kolejka i procedura rozłożona na kilka okienek. Przed jednym z nich spory tłumek i rządek paszportów, co kilka minut okienko się uchyla a tajemnicza ręka zabiera kolejny paszport, pozostałe paszporty są przez swoich właścicieli skrupulatnie przesuwane o jedno miejsce, nikt się nie pcha, nikt nie krzyczy, mam wrażenie jakby każdy robił to codziennie. Z Maroka wyjeżdżamy bez problemu a wszystkie formalności zajęły nam około 30 minut.


Obrazek


Przed nami czterokilometrowy pas ziemi niczyjej - zaminowana granica, przez którą trzeba się przedrzeć, pozbawiony oznakowanych dróg odcinek pustyni rozpięty między posterunkiem granicznym Maroka i Mauretanii, na tyle szeroki, że nie widać zabudowań po drugiej stronie, trzeba lawirować pomiędzy rozbitymi i porzuconymi samochodami a wielkimi hałdami miałkiego piachu. Prawie każdy samochód wyznacza sobie nową trasę trzymając się jednak głównej ścieżki, zbyt dalekie odbicie w bok może skończyć się tragicznie.


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Granica mauretańska wita nas chmarą, nie zawsze przyjaźnie nastawionych majfrendów i kolejną papierologią. Karnie odwiedzamy posterunek żandarmerii, celników, ubezpieczyciela i policję. Widać, że im się nie spieszy, jedna osoba odpowiedzialna jest za jedną czynność i wykonuje ją tak jakby właśnie ta była najważniejsza na świecie. Uczymy się cierpliwości i staramy nie tracić pogody ducha, przecież nam też nigdzie się akurat nie spieszy...
Na koniec zostawiamy odciski palców, uśmiechamy się do zdjęcia i jesteśmy wolni, no, prawie wolni ponieważ przed naszymi nosami zaciągnięty został łańcuch i przejazdu nie ma, okazuje się, że nie zapłaciliśmy za parking, 1 euro od motocykla za trzydzieści minut postoju na poboczu. This is Africa – hasło słyszymy tutaj po raz pierwszy a towarzyszyć będzie ma już do końca wyjazdu.


Obrazek
Pieczątka jest! Ubezpieczenie jest! Prawie można jechać.


Obrazek


Wjeżdżamy do Mauretanii, pustynnego, gorącego kraju. Na początku krajobraz niewiele się zmienia ale po kilkudziesięciu kilometrach kamienistą pustynię zastępuje piach, gdzieniegdzie pojawiają się palmy daktylowe a wydmy porasta odporna na suszę akacja. Siedliska ludzi ukryte pomiędzy wydmami sprawiają wrażenie wymarłych, kilka namiotów bez wody i prądu, stadko wychudzonych kóz i przeważnie jeden osioł służący również za środek transportu to całe życie i majątek tubylców. Nie dane jednak jest nam dokładniej poznać ten kraj, trzymamy się głównego szlaku biegnącego wzdłuż oceanu i w miarę szybko chcemy dotrzeć do Senegalu.
Pamiętając ostrzeżenia, że Mauretania dieslem stoi wieziemy zapas paliwa jeszcze z Sahary Zachodniej, po drodze mijamy nieczynne stacje benzynowe, wyglądają tak jakby nikt nie uruchamiał ich od lat. Na szczęście, w połowie Mauretanii trafiamy na jedyną czynną stację, musimy poczekać kilka minut na uruchomienie generatora prądu i możemy tankować. Paliwa powinno wystarczyć do stolicy, nasze zbiorniki plus pięć litrów zapasu to małe tankowce – w razie czego będziemy zlewać.


Obrazek


Obrazek


Obrazek
Wraki samochodów są wszędzie


Obrazek


Obrazek
Droga przez Mauretanię


Obrazek


Obrazek
Czerpanie wody


Obrazek


Obrazek
Mauretańska wioska


Obrazek
Asfalt - zamiast żwiru muszelki


Obrazek
W tym samochodzie znaleźliśmy zepsutą część do Osiołka


Do Nawakszut docieramy późnym popołudniem, szukamy jedynego w stolicy kempingu by w końcu móc się umyć i wyprać kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Przez miasto prowadzi nas GPS który ma tendencję do wybierania jego zdaniem dróg ciekawszych. Dzięki niemu przejeżdżamy przez przedmieścia gdzie piękne, otoczone zielenią i kwiatami wille bogatych ludzi sąsiadują z dyktowymi i szmacianymi namiotami biedoty. Widzimy dzieciaki bawiące się w ścieku jak w strumyku i matki gotujące obiad przy krawężniku drogi, widzimy wysypiska śmieci tuż obok namiotów, widać, że powstają na zasadzie: to co nie jest na moim podwórku nie jest już moje. Przez środek miasta prowadzi szeroka, asfaltowa ulica, wystarczyło jednak zjechać kawałek dalej by zobaczyć jak wygląda tutaj rzeczywistość.

Docieramy do kempingu który tak naprawdę okazał się skromnym hotelikiem z tarasem i ogrodem. Lokujemy się w pokojach i robimy zapisy na jedyny w całym budynku prysznic. Za nami kilka dni drogi i spanie na dziko, najwyższa pora spłukać z siebie kurz, pot i ślady przejechanych do tej pory dwóch tysięcy kilometrów. Zamawiamy ciepłą kolację i siadamy na balkonie z widokiem na ulicę by móc obserwować wszystko to co się na niej dzieje. Do tej pory droga była łatwa, prosta i gładka choć czasami przez to nudna. Przed nami 200km dziurawej drogi do granicy w Rosso i sama ona – granica.
O granicy w Rosso krążą różne legendy i opinie ale żadna z nich nie jest pozytywna. Według niektórych jest to jedna z najgorszych granic na świecie, ponoć przejechanie granicy rosyjskiej z kilkunastoma nie swoimi motocyklami na lawecie to pikuś w porównaniu do Rosso. Odradzano nam ją stanowczo jednak sytuacja zmusza nas by tam właśnie pojechać. Jeszcze w Polsce złożyliśmy wnioski o wizy Senegalu online i po pewnym czasie otrzymaliśmy mailem tzw. pre-wizy, które upoważniają nas do stawienia się na granicy i dokończenia procedury. Senegal od niedawna wydaje wizy biometryczne do których każdy osobiście musi złożyć odcisk palca, można to zrobić w ambasadzie w Berlinie lub tak jak my na granicy. I właśnie tą jedyną granicą gdzie to możliwe jest Rosso.


Obrazek
Stacja benzynowa w Nawakszut


Obrazek


Z Nawakszut wyjeżdżamy jeszcze po ciemku po drodze szukając stacji gdzie moglibyśmy zatankować zwykłą benzynę i kupić wodę. Przed nami 200km do granicy. Droga robi się kiepska, dziurawa, odcinkami całkiem bez asfaltu. Jazdę utrudniają panoszące się na drogach ciężarówki które widząc nasze próby wyprzedzania zajeżdżają nam drogę. Jedna z takich sytuacji kończy się pogiętymi felgami w jednym z motocykli. Próby wyprostowania felgi kamieniem spełzły na niczym, dopiero kierowca lokalnej ciężarówki przy pomocy solidnego korbowodu opanował sytuację a widząc nasze niepewne miny skwitował to z rozbrajającym uśmiechem jednym zdaniem - This is Africa!



Obrazek


Obrazek


Obrazek
Korbowód


Obrazek

W południe szczęśliwie docieramy do Rosso, tu zaczyna się kolejny etap naszej podróży oraz wesoła i uśmiechnięta Czarna Afryka...

CDN........


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
PostNapisane: Pt mar 14, 2014 10:45 pm 
Uczy się jeździć
Avatar użytkownika
Offline

Dołączył(a): 07/05/2012 o 22:06
Posty: 64
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Nie określono
Gambia, Senegal - cz. II
Witamy w Rosso!
Wiele osób ostrzegało nas przed tym miejscem i tylko jedną wypowiedź można było zinterpretować pozytywnie - kto nie był w Rosso ten nie był wcale w Afryce...
Trzymaliśmy się tego zdania do końca, dawało ono nadzieję na przygodę i niesamowite przeżycia i... wszystko się sprawdziło...
Dojeżdżamy do Rosso i zatrzymujemy się przed zamkniętą bramą graniczną. W jednej sekundzie oblega nas falujący tłum majfrendów, sprzedawców kart do telefonów i zwykłych ciekawskich. Nie chcemy być niemili więc z wielkim uśmiechem odpowiadamy na wszystkie pytania 'nie, dziękuję'. Okazuje się jednak, że przeczymy sami sobie bo jeśli czegoś sobie nie życzymy musi być to poparte smętnym lub lekko groźnym wyrazem twarzy i tyle o ile męskie zdanie w tym przypadku brane jest pod uwagę o tyle babskie starania wzbudzają tylko wesołość i śmiech - baba na motocyklu ubrana jak facet i w dodatku udaje groźną - zabawne.
Opuszczamy w końcu wiwatujący tłum i wjeżdżamy na granicę, impreza dopiero się zaczyna.

Obrazek


Sama granica przypomina trochę cyrk, przynajmniej tak próbujemy ją odbierać by nie tracić dobrego humoru. Kowal otoczony chmarą pomagaczy zabiera nasze paszporty i rusza na podbój kilkudziesięciu celniczych okienek. My zostajemy pilnować dobytku i obserwować otaczające nas przedstawienie. Na pierwszym planie przebierańcy legitymujący się jako żandarmeria lub celnicy, głośni, wymachujący rękami, natarczywi i całkowicie akceptowani przez prawdziwych mundurowych którzy z poważną miną i zrozumieniem odganiają przebierańców po czym mrugnięciem oka w ich kierunku zezwalają na dalsze popisy. Na drugim planie mamy cywilnych pracowników granicy pełniących niezwykle ważne funkcje jak wypisywanie biletów na prom i spisywanie danych naszych motocykli po raz dziesiąty. Tuż za nimi statyści czyli wszyscy Ci którzy tworzą tzw folklor - panie sprzedające miniaturowe pączki i owoce, tłumy czekające na prom, starsze kobiety roznoszące funkcjonariuszom herbatę i cała banda dzieciaków i ciekawskich.


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Co jakiś czas z czeluści budynku zwanego biurowcem a przypominającego nasze dawne pgr-y wynurza się Kowal i z coraz większym wyrazem rezygnacji na twarzy informuje nas o kolejnym świstku do wypełnienia, ubezpieczeniu do wykupienia czy okienku do odwiedzenia. Słono nas ta granica kosztowała, do dziś nie wiemy które opłaty były a które nie były obowiązkowe. Czasami mieliśmy wrażenie, że niektóre z nich były wymyślane na poczekaniu. Odgrażamy się, że w drodze powrotnej tniemy koszty i nie pozwolimy wycyckać się do końca. Czy nam się udało? Dowiecie się później. Teraz cieszymy się, że po kilku godzinach bieganiny dostajemy pozwolenie na opuszczenie Mauretanii i w końcu, promem przedostajemy się na drugą, senegalską stronę rzeki.



Obrazek


Obrazek


Obrazek


Nie zdziwiło nas wcale, że już w momencie kiedy nasze przednie koło dotknęło stałego lądu zostajemy otoczeni przez majfrendów, bogatsi o doświadczenia z poprzedniej granicy nie dajemy się tak łatwo omotać, z miną pokerzysty dziękujemy za usługi i zabieramy się do działania na własną rękę. Senegalscy majfrendzi okazują się jednak bardzie stanowczy niż ich poprzednicy, na nagabywaniu się nie kończy, pojawiają się groźby, wyzwiska i szarpanie za rękawy. This is Africa, trzeba walczyć.

W pierwszej kolejności, dzierżąc w ręku pre-wizy, udajemy się do biura gdzie będziemy mogli wyrobić wizy docelowe - właściwie to jedyny powód dla jakiego znaleźliśmy się na tej owianej złą sławą granicy, to jedyne przejście gdzie można zostawić odcisk palca i wyszczerzyć zęby do zdjęcia. Na szczęście wszystko idzie sprawnie, obsługa uśmiechnięta, życzliwa i pomocna a pokój w którym załatwiamy wizy klimatyzowany, przy czterdziestostopniowym upale na zewnątrz przedłużaliśmy wizytę by móc jak najdłużej w nim posiedzieć.
Wizyta na granicy senegalskiej należała do przyjemnych, był czas na fotografowanie i przyglądanie się jak żyją ludzie w tej przygranicznej wiosce. Po szarej i smutnej Mauretanii byliśmy zachwyceni kolorowymi strojami, życzliwością i uśmiechami ludzi krzątających się na brzegu, taki mały przedsmak tego co czeka nas za graniczną bramą...


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Wjeżdżamy do Senegalu! Granica w Rosso zapadła nam jednak w pamięć i od tej chwili za najbardziej obraźliwą obelgę uznajemy - "Twoja stara sprzedaje pączki w Rosso"


Obrazek


Pierwszy postój w Senegalu robimy dopiero w ST. Louis - byle dalej od granicy. Głodni i zmęczeni szukamy pierwszego lepszego lokalu gdzie moglibyśmy coś zjeść i odpocząć. Wybór padł na maleńką przydrożna knajpkę, nie wiedząc czego można spodziewać się po senegalskiej kuchni postanowiliśmy eksperymentować. Na pierwszy strzał poszły pierożki z mięsem i cebulą smażone na głębokim tłuszczu a zwane Fataya, pierożki te można było zamówić w wersji royal a wtedy do takiego pieroga wkładano sadzone jajo, nam jednak bardziej przypadła do gustu wersja podstawowa. Oprócz Fatayi zamówiliśmy coś lokalnego w myśl zasady by jeść to co jedzą miejscowi, dzięki temu dostaliśmy smażona rybę, sałatkę ze świeżych warzyw, ryż z potrawką z kawałkami kurczaka a do tego piekielnie ostry i smaczny sos którego kupienie i przytarganie do Polski jako pamiątki było moim celem do końca wyjazdu. Obsługa lokalu okazała się mówiącą w języku angielskim wesołą rodziną więc szybko przełamaliśmy pierwsze lody, były wspólne zdjęcia, opowieści i pomoc przy wymianie waluty. Lokal opuszczaliśmy niechętnie i nie spiesząc się zbytnio, nocleg i tak zaplanowaliśmy gdzieś na sawannie.


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Od tego czasu trochę zwolniliśmy, częściej się zatrzymywaliśmy by spotkać się z ludźmi czy by zachwycić się krajobrazem. Największe wrażenie, głównie na męskiej części naszej ekipy, robiły smukłe, wysokie i szczodrze obdarzone w to i owo przez naturę Senegalki. Czasami miało się wrażenie, że panom głowa okręci się dookoła. Piękni ludzie - orzekliśmy jednoznacznie, bo zarówno panie jak i panowie charakteryzowali się sportową sylwetką, długimi nogami i kształtami których pozazdrościłaby niejedna europejka czy europejczyk.


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Im dalej jedziemy tym bardziej robi się afrykańsko. Zachwycają nas pierwsze napotkane baobaby, zachowujemy się jak dzieci więc po chwili podchodzi do nas tłumek z pobliskiej wsi. Jesteśmy dla nich taką samą atrakcją jak oni dla nas więc rozumiemy się doskonale mimo, że nie mówimy w tym samym języku, baba z babą zawsze się dogada... ale o tym trochę dalej...


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Na swojej trasie napotykamy nawet polski akcent. Kątem oka, jadąc przez kolejną wioskę, zauważamy białego orła na czerwonym tle, to koszulka jakiegoś dzieciaka przyciągnęła naszą uwagę. Zawracamy bo obrazek był niesamowity. Niestety widok dwóch ryczących maszyn z białymi, dziwnie ubranymi jeźdźcami nieźle wystraszył dzieciaki. Kiedy podjechaliśmy w miejsce gdzie zobaczyliśmy chłopca w koszulkach ich już nie było. Porzucili osła i dwukółkę i w szalonym tempie uciekali gdzieś za horyzont. Z pomocą przybiegli starsi koledzy chłopca z orłem i po chwili przekonywania go, że jesteśmy przyjaźnie nastawieni udało nam się przybić mu piątkę. Próbowaliśmy wytłumaczyć powody naszego zainteresowania i chwilami mieliśmy wrażenie, że nam się udało. Chłopiec dumnie prezentował orła na swojej piersi i pozwalał się fotografować, to, że jednak nie ma pojęcia dlaczego jest w centrum uwagi uświadomił nam jego kolega wypinając pierś odzianą w koszulkę z jedną z postacią z bajek i również domagając się zdjęć... Zadowoleni z siebie młodzi Senegalczycy jeszcze długo patrzyli w ślad za nami.


Obrazek

Senegal zatrzymywał nas jeszcze wielokrotnie, czasem po to by posmakować nieznanych nam owoców lub zapełnić brzuchy dostępnymi na każdym rogu mandarynkami, innym razem by przejechać się dwukółką czy odnaleźć się na mapie gdy nagle nazwy miejscowości przestają się zgadzać. Jednak jedno miejsce zatrzymało nas na dłużej....


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Niewielka wioska tuż przy drodze, kilka szałasów, jedna studnia, chmara dzieciaków i grupa rozbawionych kobiet. To wtedy pozbywamy się wszystkich smyczy i breloczków wiezionych z Polski, dzieciaki karnie na komendę matki ustawiają się w kolejce po upragniony gadżet a każdy nawet najmniejszy drobiazg budzi ich zachwyt. Po takim wstępie zostajemy uznani za swoich i zaproszeni do wioski. Dookoła bieda, porządek i uśmiechnięci ludzie. Widać, że nie jest im łatwo ale są dumni z tego co mają i nie wstydzą się tego pokazać. Zapraszają do domów, podają do potrzymania dzieciaki i częstują orzeszkami. Kowalowi proponują nową żonę z dwójką dzieciaków i trzecim w drodze, męża tez ma ale ten akurat wyjechał do pracy w Dakarze więc tak jakby go nie było. Martyna za to dopytywania jest o szczegóły anatomii naszych panów a szczególnie o jeden jej element. Przekornie twierdzi, że u naszych chłopaków nic nie ma czym wzbudza ogólną wesołość i niedowierzanie. Panie z wioski jednak wiedzą lepiej, przecież to widać gołym okiem... popierając swoje słowa gestami i wspominając coś o baobabach... Baba z babą się dogada... nawet jeśli nie mają wspólnego języka...


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Opuszczamy gościnną wioskę i kierujemy się dalej, do Gambii mam już całkiem niedaleko, jeszcze tylko kilkadziesiąt kilometrów asfaltu, krótki slalom pomiędzy dziurami, trochę rudego szutru który sprawił, że nasze maszyny w końcu zaczęły wyglądać tak jak powinny...


Obrazek


Obrazek


Obrazek

...i nagle, jakby na końcu drogi, widać zabudowania, kilka baraków, jeden, siedzący w cieniu drzewa pan w mundurze i wielki znak The Gambia! Jesteśmy! Udało się! Dojechaliśmy do Gambii...


Obrazek

CDN..... niebawem :)


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
PostNapisane: Cz mar 20, 2014 12:48 pm 
Uczy się jeździć
Avatar użytkownika
Offline

Dołączył(a): 07/05/2012 o 22:06
Posty: 64
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Nie określono
Jesteśmy w Gambii!

Jesteśmy tak szczęśliwi z tego powodu, że nic nie jest w stanie zepsuć nam humorów. Procedury na małej granicy w pobliżu Farafenni nagle zaczynają nas bawić, ciekawskich zapraszamy bliżej, śmierdzący kibelek wydaje się być luksusem a i tak uśmiechnięta policja na nasze uśmiechy jeszcze bardziej szczerzy śnieżnobiałe zęby. Na fali radości udaje nam się namówić celniczkę do zdjęcia munduru - dopiero wtedy zgodziła się na wspólne zdjęcie. Jeszcze śmieszniej robi się kiedy jeden z celników oświadcza, że owszem, wpuszcza nas ale pieczątki maja w oddalonej o kilka kilometrów miejscowości. Niewiele myśląc Kowal wsadza zdezorientowanego celnika na miejsce pasażera w motocyklu Radka i wspólnie ruszają po niezbędne pieczątki. Podobno przy 140km na godzinę celnik nieśmiało zaczął stukać Kowala w plecy... taki mały test na odwagę gambijskiego urzędnika.


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Granicę przekraczamy wieczorem, zatrzymujemy się w Farafenni by wymienić walutę i poszukać jakiegoś noclegu. Obie te czynności okazały się dość trudne do wykonania. Przy wymianie kasy rozbiliśmy bank, mimo, że wymienialiśmy na parę ok 100-150 euro okazało się to ponad możliwości lokalnego kantoru... kasa się skończyła ale pan obsługujący wpadł na genialny pomysł i osobom chcącym wymienić 100 euro w drobniakach oferował znacznie niższy kurs niż osobom co stówkę mieli w jednym banknocie... Próby zrozumienia tego mechanizmu spełzły na niczym więc karnie dokonaliśmy między sobą zamiany drobnych na grubą walutę i ustawiliśmy się w kolejce... Wymieniliśmy ile się dało i każdy ze swoją sporą porcją Dalasi wrócił do motocykla upchać banknoty gdzie się tylko dało.


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Kasę już mamy więc czas poszukać noclegu, w miasteczku jest tylko jeden hotel z zaporowymi jak dla nas cenami. Szukamy alternatywy w postaci rozbicia namiotów na terenie jakiegoś kampusu szkolnego ale nie dostajemy zgody. Oczywiście moglibyśmy pojechać gdzieś dalej i rozbić namioty ale nie znając tego kraju wolelibyśmy pierwszą noc spędzić gdzieś w cywilizacji a dopiero drugiego dnia zobaczyć jak wygląda kwestia odbicia od drogi i przenocowania na dziko. Po dłuższych negocjacjach we wspomnianym już hotelu pozwalają nam rozbić namioty na hotelowym parkingu. Pomysł wydawał nam się świetny, mieliśmy dostęp do łazienki, kupiliśmy skrzynkę lokalnego piwa Jul Brew, zjedliśmy kolację i poznaliśmy Dama który podpowiedział nam gdzie warto pojechać i co zobaczyć.


Obrazek


Obrazek


Najedzeni i napojeni ładujemy się do namiotów, ciszę przerywają śmiechy i krzyki z pobliskiej imprezy ale w żaden sposób nam to nie przeszkadza. Przełom nastąpił dopiero o północy kiedy wyłączyli w całej wiosce prąd a nasz hotel postanowił uruchomić generator... 3 metry od naszych namiotów... na nic się zdało liczenie wielbłądów i próby traktowania generatora jak monotonnej kołysanki do snu... zaspani przeprowadzamy się do ogródka, targamy rozłożone namioty, śpiwory i wszystkie najważniejsze motocyklowe graty na dziedziniec, rozkładamy się na ścieżkach pomiędzy stolikami a przejściami do pokoju i w końcu spokojnie zasypiamy. Rano budzi nas obsługa hotelu sprzątająca ogródek, nasze namioty przeszkadzają w zamiataniu, musimy się zbierać. Witaj Gambio, od dziś zaczynamy się tobą delektować...


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Opuszczamy Farafenni i jedziemy w stronę Georgetown po drodze zatrzymujemy się w miejscowości Wassu gdzie stoją kamienne kręgi szacowane na VIII wiek naszej ery. Każdy kamień ma od metra do 2,5 metra wysokości i waży około 10 ton. Prawdopodobnie są to pozostałości po grobach dawnych władców. Kręgi w Wassu to jedno z czterech takich miejsc w Senegambii a drugie w Gambii. Pozostałe dwa leżą w Senegalu. Po drodze do Wassu zatrzymujemy się na chwilę w miejscu które wygląda jak przedszkole, budynków co prawda nie ma ale na ziemi siedzą w dwóch rzędach kilkuletni chłopcy i klaszcząc śpiewają monotonne piosenki. Okazuje się jednak, że to dwutygodniowe przygotowania do obrzezania. Na początku zarówno dzieciaki jak i panowie prowadzący nie byli zachwyceni naszym przybyciem, dzieci się bały a dorośli byli niepewni co do naszych zamiarów. Atmosfera po chwili się rozluźnia, dorośli podają rękę a chłopcy jakby już mniej przestraszeni chętniej pozują do zdjęć. Dla nich codzienność, dna nas coś niesamowitego. Niechętnie opuszczamy takie miejsca gdzie można obserwować codzienne rytuały mieszkańców, porozmawiać z nimi, przysiąść na chwilę z boku by chłonąć niepowtarzalną atmosferę...


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Ruszamy dalej po drodze zatrzymując się przy gambijskich wioskach aż w końcu docieramy do Wassu. Przy kamiennych kręgach jest małe muzeum które przedstawia prawdopodobny sposób chowania dawnych władców. Jest tez małe stoisko z pamiątkami na którym królują kolorowe afrykańskie bransoletki, wykupujemy prawie wszystkie wiedząc, że będziemy się starali omijać miejsca turystyczne i może to być jedyna okazja by przywieźć pamiątki do kraju, świecidełka wyglądają na ręcznie robione więc nie zastanawiamy się długo.


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Same kamienne kręgi robią niesamowite wrażenie, krążymy pomiędzy nimi dobra godzinę. Na szczycie każdego z bloków usypany jest kopczyk z mniejszych kamyków - dzieło odwiedzających to miejsce. Tradycja mówi, że należy taki mały kamyczek podnieść z ziemi, wyszeptać do niego życzenie i położyć na szczycie kopczyka a wtedy życzenie się spełni. Każdy nas zostawił tam kawałek swoich marzeń.


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Popołudniu docieramy do poleconego nam przez Dama hotelu tuż przy miasteczku Georgetown. Nie wiem czego się spodziewaliśmy ale to co zobaczyliśmy na miejscu przerosło nasze oczekiwania. Do hotelu prowadziła polna ścieżka a na jej końcu znajdowały się dwa afrykańskie domki pokryte strzechą, każdy z nich mieścił w sobie dwa pokoje i dwie maleńkie łazienki, głównym elementem wyposażenia było łózko z moskitierą i wieszak a w łazience kibelek i prysznic - czego więcej chcieć? Całość położona tuż nad rzeką Gambią w cieniu wielkiego baobabu, maleńki pomost i wiata gdzie wieczorem można napić się piwa - to wszystko ale dla nas i tak wiele. Jednoznacznie orzekliśmy, że jesteśmy w Raju. Korzystamy z tych dobrodziejstw i już po chwili czyści, pachnący i zrelaksowani krótkim odpoczynkiem w łóżku z baldachimem zaczynamy wyłazić na zewnątrz.


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Przy pomoście czeka na nas łódka. Gambia to ponad 400 różnych gatunków ptaków, to hipopotamy i krokodyle, to tropikalne lasy i piaszczyste plaże... chcemy zobaczyć przynajmniej część tych rzeczy dlatego decydujemy się na czterogodzinną wycieczkę łódką. Dam uprzedza, że nie mamy 100% pewności czy zobaczymy hipopotamy ale sugeruje, że warto spróbować. My oczami wyobraźni widzieliśmy dmuchane matryce tych zwierząt wystawiane specjalnie dla płynących turystów... jakie było nasze zdziwienie kiedy zobaczyliśmy żywe i najprawdziwsze hipopotamy na świecie. Było ich trzy, dwa duże i jeden mały. Hipopotamy mimo swojego poczciwego wyglądu są jednymi z najniebezpieczniejszych zwierząt dlatego też nie podpływamy zbyt blisko, zwłaszcza, że zachodzi prawdopodobieństwo, że najmniejszy hipcio jest dzieciakiem a rodzice w każdej chwili mogą stanąć w jego obronie...


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek

Wycieczka łódką pozwoliła nam na chwilę odpocząć od motocykli i rozkoszować się otaczająca nas przyrodą...
CDN...


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
PostNapisane: Pt maja 16, 2014 3:10 pm 
Uczy się jeździć
Avatar użytkownika
Offline

Dołączył(a): 07/05/2012 o 22:06
Posty: 64
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Nie określono
Przepraszamy że tak długo trwało wrzucanie ostatniej części relacji, ale w między czasie byliśmy w Maroku a teraz jesteśmy w ferworze walki z wyjazdem do Mongolii.


Jeszcze tego samego dnia znów przeprawiamy się maleńką łódeczką na wyspę – serce Georgetown. Płyniemy tam po to by zwiedzić dom niewolników i poznać miejsce gdzie kiedyś działy się ludzkie tragedie. Siedząc w ponurych piwnicach budynku ze skupieniem słuchamy historii niewolnictwa oraz opowieści o warunkach w jakich niewolnicy byli przetrzymywani. Maleńkie okienka przez które wrzucano jedzenie, niewielka studnia na środku pomieszczenia która dawała wodę tylko wtedy gdy poziom wody w rzece był wystarczający, to wszystko zrobiło na nas ogromne wrażenie. Obejrzeliśmy również pozostałości targu niewolników i drzewo wolności – drzewo które dotknięte przez niewolnika dawało mu wolność już na zawsze…

Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Już po zmroku wracamy do hoteliku na kolację i zimne gambijskie piwo. Do jedzenia chciano nam podać kolację w wersji europejskiej jednak po naszych protestach i prośbach by podano nam coś lokalnego na stół wjechał pyszny sos pomidorowy, makaron, mięsa, Kus Kus i inne pyszności. Syci i zadowoleni kładziemy się spać….
Opuszczamy nasz przytulny hotelik choć nie bardzo nam się spieszy, leniwie wcinamy śniadanie a po chwili dołączają do nas ciekawskie małpy, pozwalają karmić się z ręki a kiedy kończy się prowiant oddalają się obrażone.


Obrazek


By jechać dalej musimy przedostać się na drugą stronę rzeki. Plan niby jest prosty, wystarczy wsadzić motocykl na łódkę, przepłynąć i z łódki go wytargać. Co prawda kursuje tez prom ale perspektywa przeprawiania się łódką znacznie bardziej nas kusi. Niestety podczas próby wepchnięcia Teresy Kowala na łajbę wiemy już, że pomysł musi odpaść. Motocykle zwyczajnie się tam nie mieszczą. Zostaje prom. Aby na niego wjechać należy pokonać dość spory odcinek w wodzie ponieważ prom nie dobija do samego brzegu, śmieszne uczucie kiedy jadąc w mętnej wodzie natrafia się nagle na wzniesienie i jednym skokiem znajduje się na pływającej na rzece wyspie – promie.


Obrazek


Obrazek


Obrazek


10 minut płynięcia i już jesteśmy po drugiej stronie. Tym razem kierujemy się na zachód w stronę oceanu zatrzymując się po drodze prawie w każdej napotkanej wiosce. Gambia słynie z dużej ilości różnych gatunków ptaków ale najbardziej rzucają się w oczy wszędobylskie sępy. Ich nieporadny chód a raczej skakanie powodują uśmiech, mniej przyjemnie jest zastać je przy kolacji, lecące za to potrafią przysłonić słońce.



Obrazek


Obrazek


Mamy tylko 300km do przejechania ale zajmuje nam to cały dzień. Najpierw urządzamy sobie gambijską wersję Nocy i Dni. Mężczyźni bez chwili wahania włażą do bajora by przynieść nam piękne, białe nenufary. Pełen romantyzm… Później robi się już trochę mniej romantycznie - wielka kupa sępa zrzucona z dużej wysokości przez właściciela ląduje na szybie w moim kasku i o mało nie powoduje wypadku, na szczęście kończy się to tylko zerwaniem sakwy o drugi motocykl i po krótkich reperacjach możemy jechać dalej… jednak tylko takie niewielkie dalej. Kowal łapie gumę. Czterdzieści stopni w cieniu ale my żadnego cienia znaleźć nie możemy, wymieniamy dętkę w pełnym słońcu i powoli zaczyna robić się nam słabo. Na szczęście tuż za rogiem kolejna wioska, są więc banany, woda i Fanta w różnych dziwnych smakach. Dziewczynki sprzedające owoce trochę speszone ale chętnie pozują do zdjęć.


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek

To jednak nie koniec przygód w dniu dzisiejszym. Tuż przed wjazdem do miejscowości gdzie planujemy przenocować jakiś lokalny Mercedes gubi olej. Jest spory ruch, niewiele widać a kierowca wymienionego samochodu nic sobie z tego nie robi. Na plamę oleju trafia Martyna i zalicza szlifa, na szczęście kończy się tylko obtarciami w motocyklu, przytartą kurtką i wielką awanturą z kierowcą… ale co można zrobić jeśli ubezpieczeń w Afryce brak a pan z mesia nie widzi problemu, trochę krzyków, tłumek ciekawskich i kończy się jak zwykle – This is Africa! Zabieramy roztrzęsioną Martynę i ruszamy w poszukiwaniu noclegu. Chcemy rozbić namioty jak najbliżej oceanu ale w tym miejscu wybrzeże gęsto obstawione jest hotelami a wszystkie kempingi znajdują się daleko w głąb lądu. Uderzamy więc do hoteli z informacją, że chcielibyśmy się rozbić u nich w ogrodzie, ceny jednak są z kosmosu – 200$ za trzy namioty na dwie noce. W jednym z hoteli udaje nam się zbić cenę do rozsądnej i tam też dowiadujemy się dlaczego było tak drogo – po prostu nigdy nie widzieli wariatów z Polski, którzy chcą rozbić namioty w przyhotelowym ogródku, woleli więc nas wystraszyć ceną ale widząc naszą desperację i zmęczenie ulegli.


Obrazek


Obrazek


Rozbijamy więc obóz pod palmami, do plaży mamy 10 metrów, prysznic tuż obok a w hotelu jest całkiem przyzwoita knajpka. Żyć nie umierać. Następnego dnia planujemy dzień bez motocykla – tylko my, ocean, spacer i Gambia by to uczcić, już po zmroku, rzucamy się biegiem w stronę wody, po drodze zrzucając kolejne części garderoby. Cóż za niesamowita przyjemność po długim, gorącym dniu zanurzyć się w chłodnym oceanie, cieszyliśmy się jak dzieci…
Wracając spotkaliśmy ochroniarza z hotelu który stał w bezpiecznej odległości i bacznie nam się przyglądał… na nasze pytanie o co chodzi odpowiedział: Martwiłem się o was, jest zima, bałem się że zmarzniecie…
Kolejnego dnia nawet nie odwiedzamy naszych motocykli tylko tuż po śniadaniu wyruszamy na spacer , naszym celem jest targ w Serrekundzie. Zapytaliśmy tu i tam, czy daleko, czy łatwo trafić i ruszyliśmy dziarsko przed siebie. Pierwsze pięć kilometrów szliśmy niespiesznie plażą. Wg instrukcji powinniśmy być na miejscu już po trzech kilometrach jednak każda kolejna zapytana o drogę osoba dodawała nam następne kilometry. Do targu doszliśmy po dziesięciu z czego ostatnie cztery kilometry prowadziły przez zapylone, gorące, ruchliwe miasto… folklor niesamowity, prawdziwe życie Gambijczyków, tak samo targ przeznaczony raczej dla mieszkańców niż turystów. Mimo zmęczenia decydujemy się na krótką rundkę po targu by zakupić kilka pamiątek… W drugą stronę, zmęczeni i z obolałymi stopami zamawiamy już taksówkę.


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Rano budzi nas niewiarygodne pieczenie i ból. Wczorajszy spacer zrobił swoje… słońce operowało niemiłosiernie ale chłodna bryza sprawiała, że nie było tego czuć. Dziś czerwoni i w bąblach musimy się wpakować w te wszystkie motocyklowe fatałaszki i w wielkim upale jechać dalej. Bolało, oj bardzo bolało.
Opuszczamy nasz namiotowy raj nad oceanem i ruszamy w stronę stolicy Gambii – Banjul. Stamtąd promem chcemy się przedostać do miejscowości Barra. Banjul nie zachwyca urodą ale możliwość obserwowania z bliska życia mieszkańców wszystko wynagradza.
Meldujemy przy wjeździe na prom. Kowal idzie kupić bilety a my wdajemy się w krótką pogawędkę z mundurowym, który obiecuje, że prom lada chwila będzie… Godzinę później powtarza to samo. Dwie, trzy i cztery godziny później nie zmienia zdania. This is Africa! My spaleni słońcem szukamy cienia, najpierw siedzimy pod ciężarówką, później przesiadamy się pod stertę betonowego gruzu aż w końcu kończymy pod murkiem który służy tutaj za toaletę, nam jednak to nie przeszkadza – najważniejszy jest cień i budowa basenu i pijalni wody dla mieszkającej w gruzie jaszczurki, samy nie wiemy czy budowa basenu dla jaszczurki to wynik nudy czy czterdziesto stopniowego upału.



Obrazek


Obrazek


W końcu po pięciu godzinach na horyzoncie pojawia się prom. Ustawiamy się w blokach startowych i czekamy na sygnał do startu. Obok nas kotłują się kobiety z dziećmi, mężczyźni z owcami, jakiś pan taszczy twa krzesła i stół, jeszcze inny trzyma za nogi trzy żywe kury. Ścisk taki, że z motocykla na promie nie da się zsiąść a pan z krzesłami zdziera większość lakieru z mojego zbiornika. Każdy zajmuje się sobą skoncentrowany na karmieniu dzieci, pilnowaniu kur czy rozmowie telefonicznej… a pomiędzy nami wszystkimi przepycha się jeszcze kobieta sprzedająca świeże kokosy.


Obrazek


Obrazek


Gdy wysiadamy z promu jest już późno. Granicę z Senegalem pokonujemy bez problemów i zaczynamy rozglądać się za noclegiem. Już o zmierzchu próbujemy swoich sił w przydrożnym ‘safari; prowadzonym przez europejczyka, jednak ten bez uśmiechu powiedział nam, że możemy spać przed bramą przy drodze ale za nią wejść już nie możemy – łaskawy człowiek. I znów sprawdza się taktyka odjechania kilku kilometrów od asfaltu. Kiedy droga znika nam na horyzoncie po prostu rozbijamy namioty.


Obrazek


Obrazek


Następnego dnia znów meldujemy się na wspaniałej granicy w Rosso. Procedura przebiega podobnie jak w pierwszą stronę – otoczeni majfrendami krążymy od okienka do okienka i znów płacimy różne dziwne kwoty. Zmęczenie robi swoje i powoli sytuacji mamy już dość. Wciąż pamiętamy, że to Afryka, inny świat i inna mentalność ale nie chcemy by nas traktowano jak świnki skarbonki. Powoli robi się ciemno a mundurowi, mimo że kilkukrotnie już mieliśmy wyjeżdżać wymyślają nowe opłaty i procedury. Nasze błagania nie robią na nich wrażenia więc stosujemy inna taktykę. Najpierw wykonujemy fikcyjny telefon do Ambasady… i w tym momencie okazuje się, że kolejne opłaty nie są aż tak potrzebne jeśli w Mauretanii spędzimy nie więcej niż kilka dni. Jednak panowie skwapliwie jeszcze to sprawdzają – by pomóc im w podjęciu decyzji, niespiesznie próbujemy rozbijać namioty przy policyjnym posterunku… przecież nam się nigdzie nie spieszy, mamy czas a że idzie noc to musimy gdzieś spać… This is Africa – tłumaczymy.


Obrazek


Kolejny dzień to monotrony przejazd przez Mauretanię w towarzystwie sępów, wraków samochodów, lawet i piaszczystych wydm… ale też niewyjaśniona do dziś zagadka… Dlaczego nie zatankowaliśmy na jedynej czynnej stacji na trasie? Nikt tego nie wie. Ostatnie kilometry to dzielenie jednego litra paliwa na pół i zlewanie go z większych zbiorników. W końcu, jadąc najbardziej ekonomicznie jak się da docieramy na granicę z Marokiem i mamy wrażenie jakbyśmy wrócili do cywilizacji.


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Procedury przebiegają ekspresowo i już po chwili jesteśmy po drugiej stronie. Tankujemy się do pełna i ruszamy przed siebie wzdłuż oceanu… znów śpimy na dziko na pustyni a zapas czasu wykorzystujemy na sesje zdjęciowe. Trochę jakby odkładamy w czasie nasz powrót. Możliwie najdłużej chcemy pozostać w tym magicznym świecie, który im bliżej Agadiru jesteśmy tym bardziej się oddala.


Obrazek


Obrazek


Obrazek


W końcu jednak docieramy na miejsce a ostatnie wolne chwile wykorzystujemy na zakupy i spotkania z ludźmi – jedno z nich bardzo zapadło nam w pamięć – Koreańczyk który samotnie przemierzał świat dookoła. Rzucił pracę w korporacji i ruszył świat przekonany, że marzenia trzeba spełniać. Wyglądał na szczęśliwego.


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Obrazek


Każdemu kto chce się wyprać do Gambii i Senegalu szczerze te kraje polecamy. Tam zaczyna się prawdziwa Afryka, inny, fascynujący świat., przyjaźni, uśmiechnięci ludzie, zachwycająca przyroda lub równie oszałamiająca pustynia… My wracamy tam za rok by zobaczyć to czego nie udało nam się zobaczyć teraz. Za tamtymi krajami się po prostu tęskni…


Obrazek

Niestety ciągu dalszego nie będzie :(


Góra
 Zobacz profil  
Cytuj  
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 4 ] 


Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL